Posłuchaj:

Wlochaty player

M. L. King

KING MARTIN LUTHER (1929-68), amerykański bojownik o prawa człowieka, teolog, kaznodzieja, ksiądz Kościoła baptystów; duchowy przywódca chrześcijański Murzynów w USA i zwolennik walki o ich prawa metodami pokojowymi; główny reprezentant tzw. czarnej teologii; 1957 założył Konferencję Chrześcijańską Przywódców Południa; współorganizator tzw. marszu na Waszyngton (1963) i innych masowych manifestacji; 1964 otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla; zamordowany w Memphis przez białego rasistę; Strength of Love (1963), Dlaczego nie możemy czekać (1964, wyd. pol. 1967), Where Do We Go from Here (1967).

(tłum. Kuba Wicher)

"Synteza biernego oporu Gandhiego w połączeniu z chrześcijańską koncepcją miłości jest największą bronią dostępną dla nas, Murzynów, w tej walce o wolność i o ludzką godność. Głęboko wierzę w to, że filozofia biernego oporu Gandhiego jest jedynym logicznym rozwiązaniem problemu rasowego w Stanach Zjednoczonych. Niechaj duch jego przypomina nam uciskanym, że można wygrać tę walkę bez uciekania się do przemocy."
M.L.K., 1958

M.L. King aresztowany, Montgomery, 3.09.1958

"Bierny opór musi wyrażać się poprzez brak współpracy z rządzącymi oraz poprzez bojkoty. Jednak owe środki nie są celami samymi w sobie, mają one jedynie za zadanie pobudzić poczucie moralnego wstydu u przeciwnika. Celem tej walki jest pojednanie i wzajemne wybaczenie. Następstwem stosowania taktyki biernego oporu jest powstanie pokojowego społeczeństwa, podczas gdy rezultatem przemocy jest wielka gorycz i cierpienie. Bierny opór nie oznacza pasywności. Jest potężną siłą moralną, która na lepsze zmienia społeczeństwa."
M.L.K., 1957

M.L. King aresztowany, Birmingham, 12.04.1963

"Celem biernego oporu nie jest pokonanie przeciwnika ani też jego upokorzenie. Celem jest zdobycie jego przyjaźni i zrozumienia a w następstwie tego pojednanie."
M.L.K., 1956

"Bezpośrednia akcja bez użycia przemocy próbuje stworzyć taką sytuację społeczną (tj. wywołać pewien kryzys i stworzyć odpowiednie napięcie) aby ignorowana społeczność mogła w końcu przedstawić swoje racje w trakcie negocjacji."
M.L.K., 1963

"Miłość jest twórcza i zbawienna. Miłość jednoczy i buduje podczas gdy nienawiść rozdziera i niszczy. Następstwem walki z użyciem przemocy jest chaos, zniszczenie i gorycz. Następstwem stosowania taktyki biernego oporu jest pojednanie i stworzenie silnego społeczeństwa w którym miłość góruje nad nienawiścią. Przemoc może poskramiać, ujarzmiać, powstrzymywać lecz nigdy nie stworzy nic trwałego - to bowiem jest domeną miłości która oznacza kreatywność, zrozumienie, jedność, zbawienną dobrą wolę. Kochaj swojego wroga - to jest jedyne rozwiązanie dla problemu rasowego."
M.L.K., 1957

King i Malcolm X, jedyne spotkanie, Waszyngton, 26.03.1964

"Jestem przekonany, że miłość stanowi najtrwalszą siłę na świecie. Nie jest ona wyrazem niepraktycznego idealizmu, lecz praktycznego realizmu. Miłość jest niezbędna dla przetrwania cywilizacji. Nienawiść jest tym co nas może doprowadzić do upadku. Ktoś musi zdobyć się na odwagę I przerwać łańcuch diabelskiej nienawiści niczym innym jak właśnie miłością."
M.L.K., 1957

"Prowadząc naszą walkę o ludzką godność, nie możemy sobie pozwolić na jakiekolwiek symptomy nienawiści z naszej strony. Odwzajemnianie nienawiści tylko umacnia siły zła na tym świecie. Abyśmy odnieśli zwycięstwo, miłość musi zapanować w naszych szeregach. I kiedy mówimy o miłości, o pojednaniu o zrozumieniu, tedy pokój i dobra wola wszystkim ludziom. To nie konflikt między białymi a czarnymi, to konflikt między sprawiedliwością a niesprawiedliwością, między siłami dobra i zła, i jeśli istnieje zwycięstwo, to nie oznacza ono zwycięstwa Murzynów nad Białymi, lecz właśnie zwycięstwo sił dobra nad siłami zła, zwycięstwo konstruktywnej miłości nad destruktywną nienawiścią."
M.L.K., 1956

MARTIN LUTHER KING, Jr.
"MIAŁEM SEN" (tłum. Kuba Wicher)
Wygłoszone na schodach przed pomnikiem Abrahama Lincolna w Waszyngtonie, w trakcie marszu na Waszyngton, dnia 28 sierpnia 1963

Dziesięć dekad temu wielki Amerykanin, w cieniu którego teraz stoimy, podpisał Deklarację Równości (Emancypation Proclamation). Ten brzemienny w skutkach dekret przyszedł niczym latarnia morska świecąca nadzieją dla milionów Murzynów, którzy piekli się w płomieniach potwornej niesprawiedliwości. Zjawił się jako wesoły wschód słońca, który miał położyć kres tej długiej nocy niewoli.

Lecz w sto lat później, musimy spojrzeć prawdzie w oczy. Murzyni wciąż nie są wolni. W sto lat później, żywot naszych braci wciąż jest boleśnie ograniczany przez kajdany segregacji i łańcuchy dyskryminacji. W sto lat później, Murzyni żyją na samotnej wyspie ubóstwa, znajdującej się na samym środku oceanu materialnego dobrobytu. W sto lat później, Murzyni są wciąż jak zwiędłe kwiaty gdzieś z boku amerykańskiego społeczeństwa i uważają się za wygnanych ze swojej własnej ziemi. Zatem przyszliśmy dziś tutaj aby udramatyzować naszą przerażającą sytuację życiową.

W pewnym sensie przyszliśmy do naszej stolicy, aby zrealizować pewien czek. Otóż kiedy Ojcowie Założyciele naszej republiki pisali piękne słowa Konstytucji i Deklaracji Niepodległości, podpisywali zobowiązanie, które każdy Amerykanin miał uszanować. Była to obietnica, że wszyscy ludzie będą mieli zagwarantowane równe prawo do życia, wolności oraz do szczęścia.

Jest sprawą oczywistą, że dzisiejsza Ameryka nie dotrzymała tego przyrzeczenia składanego wtedy wobec jej czarnych mieszkańców. Zamiast szanować święte zobowiązanie, Ameryka dała Murzynom czek odmowny z napisem "brak funduszy". Lecz nie chce nam się wierzyć, że bank sprawiedliwości zbankrutował. Nie chce nam się wierzyć, że nie ma wystarczającej ilości funduszy zważywszy na wielki potencjał tego narodu. Zatem przyszliśmy tutaj aby zrealizować ów czek, czek który da nam tak pożądane bogactwo wolności i gwarancje sprawiedliwości. Przyszliśmy do tego świętego miejsca także po to, by przypomnieć Ameryce o potrzebie chwili. Nie czas na pławienie się w luksusach lub przyjmowanie uciszających lekarstw na podziały społeczne. To czas na wyjście z ciemności i zdewastowanej doliny segregacji na słoneczną ścieżkę sprawiedliwości rasowej. Przyszedł czas na otwarcie drzwi równych szans dla wszystkich dzieci bożych. Nadszedł czas, aby przenieść nasz naród z ruchomych piasków niesprawiedliwości na solidną skałę braterstwa.

Byłoby katastrofą dla tego narodu przeoczenie potrzeby chwili i niedocenienie determinacji Murzynów. To upalne lato słusznego niezadowolenia naszych braci minie dopiero wówczas, gdy nastanie podnosząca na duchu jesień wolności i równości. Rok 1963 to nie koniec, lecz początek. Wszyscy ci, którzy mają nadzieję, że Murzynom zabraknie pary i po prostu ucichną, nie zaznają spokoju gdy wszystko wróci do dotychczasowego biegu rzeczy. Nie będzie ani wytchnienia ani spokoju w Ameryce póki nasi bracia nie otrzymają należnym ich praw obywatelskich. Wichry rewolucji wciąż będą chwiały fundamentami naszego narodu dopóki nie nadejdzie jasny dzień sprawiedliwości.

Lecz jest coś, co muszę powiedzieć do moich ludzi stojących na gorącym progu, przez który prowadzi droga do pałacu sprawiedliwości. W trakcie osiągania słusznej nam pozycji, nie wolno nam popełniać żadnych złych czynów. Nie szukajmy zaspokojenia naszego pragnienia wolności przez picie z filiżanki zła i nienawiści.

Musimy zawsze prowadzić naszą walkę na płaszczyźnie szacunku i dyscypliny. Nie wolno dopuścić do tego, aby nasz kreatywny protest zamienił się w fizyczną przemoc. Znów musimy osiągnąć majestatyczny punkt, w którym spotykają się przemoc fizyczna i siła ducha. Ta cudowna nowa wojowniczość, która pochłonęła społeczność murzyńską w żadnym wypadku nie może prowadzić do nieufności wobec białych ludzi, ponieważ wielu z naszych białych braci, o czym świadczy ich dzisiejsza postawa, zdało sobie sprawę, że ich los jest związany z naszym losem, oraz że ich wolność jest całkowicie zależna od naszej. Nie możemy kroczyć sami.

I tak jak kroczymy, musimy wszyscy przyrzec, że będziemy maszerować dalej. Nie możemy zawrócić. Są tacy, którzy pytają entuzjastów praw obywatelskich, "kiedy będziecie zadowoleni?". Nie możemy być zadowoleni póki nie pozwala się naszym ciałom zmęczonym podróżą odpocząć w motelach przy autostradzie albo w hotelach naszych miast. Nie możemy być zadowoleni tak długo jak migracja naszych braci jest ograniczona do zmiany mniejszego getta na większe. Nie możemy być zadowoleni póki Murzyni znad Missisipi nie mają praw wyborczych, zaś Murzyni w Nowym Jorku są przekonani, że w ogóle nie mają na kogo głosować. Nie, nie! Nie jesteśmy zadowoleni, i nie będziemy, póki sprawiedliwość nie popłynie niczym rzeka, zaś praworządność niczym wodospad.

Nie jest mi obojętne to, że niektórzy z was przybyło tutaj, wyrwawszy się z procesów i nieszczęść, niektórzy z was przybyli tu wprost z ciasnych cel. Niektórzy z was przybyli z miejsc, na których wasze poszukiwanie wolności jest udaremniane przez sztormy prześladowań i wiatry policyjnej brutalności. Staliście się weteranami twórczych cierpień. Kontynuujcie waszą misję z wiarą w to, że wasze cierpienia zostaną wynagrodzone.

Wracajcie do Missisipi, wracajcie do Alabamy, wracajcie do Georgii, wracajcie do Luizjany, wracajcie do slumsów i gett naszych północnych metropolii, lecz ze świadomością, że ta sytuacja może być i zostanie zmieniona. Nie pozwólmy sobie na czołganie się po alei rozpaczy

Mówię do was dziś przyjaciele, że mimo obecnych trudności i frustracji, wciąż mam ten sen. To sen mający głęboko swe korzenie w amerykańskim śnie.

Miałem sen, że pewnego dnia ten naród powstanie i zacznie żyć podług przesłania swojego credo: "trzymamy te prawdy by były widoczne: wszyscy ludzie są z natury równi".

Miałem sen, że pewnego dnia na czerwonych wyżynach Georgii, synowie dawnych niewolników oraz synowie dawnych panów będą mogli usiąść razem przy jednym stole braterstwa.

Miałem sen, że pewnego dnia pustynny stan Missisipi, parzący gorącem niesprawiedliwości i okrucieństw, zostanie przemieniony w oazę wolności i sprawiedliwości.

Miałem sen, że pewnego dnia czwórka moich dzieci będzie żyła w państwie, w którym ludzi nie osądza się po kolorze ich skóry lecz po tym jacy tak naprawdę są.

Miałem dzisiaj sen.

Śniło mi się, że pewnego dnia w stanie Alabama, mającym gubernatora, z którego ust leją się nieprzychylne słowa, nastanie sytuacja kiedy to mali biali i czarni chłopcy oraz małe białe i czarne dziewczynki, będą mogli chwycić się za ręce i przejść razem jak siostry i bracia.

Miałem dzisiaj sen

Śniło mi się, że pewnego dnia każda dolina zostanie wyniesiona w górę, wszystkie wzgórza i góry zostaną obniżone, wszelkie nierówne tereny zostaną wygładzone, wszystkie krzywe miejsca zostaną wyprostowane, zaś nam wszystkim objawi się chwała Pana.

To jest nasza nadzieja. To jest wiara, z którą powracamy na Południe. To jest wiara, która pozwoli nam wyciosać kamień nadziei z twardej skały rozpaczy. Dzięki tej wierze przemienimy dysharmoniczne jęki naszego narodu w cudowną symfonię braterstwa. Dzięki tej wierze będziemy mogli razem pracować, razem modlić się, razem walczyć, razem iść do więzienia, razem domagać się wolności, wiedząc że pewnego dnia będziemy wolni.

To będzie dzień, kiedy wszystkie dzieci boże będą mogły śpiewać, śpiewać naszą pieśń, która będzie miała nowe znaczenie: "Moja ojczyzno to jest o Tobie, o wspaniała Ziemio wolności, to o Tobie śpiewamy. Ziemio, w której spoczywają prochy ojców naszych, Ziemio dumy pielgrzymów, niechaj z każdej twej góry rozbrzmiewa wolność." [.. "My country 'tis of thee" - przyp. Tłum. ..]

A jeśli Ameryka ma być wielkim państwem, to słowa te muszą stać się faktem. Zatem niech wolność rozbrzmiewa z przecudnych szczytów górskich w New Hampshire. Niech wolność rozbrzmiewa z potężnych gór Nowego Yorku.

Niech wolność rozbrzmiewa z wyniosłych Allaghenów Pensylwanii!

Niech wolność rozbrzmiewa z ośnieżonych górskich skał w Kolorado!

Niech wolność rozbrzmiewa z zakrzywionych szczytów Kalifornii!

Lecz na tym nie koniec, niech wolność zabrzmi z Gór Kamiennych w Georgii!

Niech wolność rozbrzmiewa pośród widoków górskich w Tennessee!

Niech wolność rozbrzmiewa z każdej góry i każdego kretowiska Missisipi. Z wnętrza każdej góry niechaj wolność rozbrzmiewa.

Kiedy pozwolimy wolności rozbrzmiewać, kiedy pozwolimy jej rozbrzmiewać z każdej wioski i z każdego miasteczka, z każdego stanu i z każdego miasta, wtedy będziemy mogli przyśpieszyć nadejście dnia kiedy to wszystkie dzieci boże, czarni i biali, Żydzi i goje, protestanci i katolicy, będą mogli złapać się za ręce i śpiewać natchnione słowa starego Murzyna: "Nareszcie wolność! Wolni wreszcie! Dziękujmy Bogu Wszechmogącemu, że w końcu jesteśmy wolni!"